
Hotel ma 100 pokoi, ale nie potrzebuje 100 pracowników
Kiedy patrzymy na średniej wielkości hotel, łatwo wpaść w pułapkę prostego myślenia. Skoro obiekt dysponuje 100 pokojami, to na zdrowy rozum potrzebuje armii ludzi, żeby to wszystko sprawnie uciągnąć. Najlepiej w przeliczeniu jeden do jednego, albo chociaż ze dwie osoby na jeden pokój, żeby nikt nie narzekał na brak serwisu. Matematyka wydaje się banalna, ale w nowoczesnej turystyce i biznesie hotelarskim dawno przestała działać.
W praktyce hotel z 100 pokoi nie zatrudnia stu osób na etacie. W zależności od standardu, lokalizacji i modelu biznesowego, liczba ta może zamknąć się w granicach od 25 do 40 pracowników. I wcale nie oznacza to katastrofy, brudnych podłóg czy gości czekających godzinami na klucz do pokoju. To po prostu czysta ekonomia, optymalizacja i odpowiednie poukładanie klocków.
Skąd bierze się mit o stu pracownikach?
Tradycyjne myślenie o hotelarstwie zatrzymało się gdzieś w ubiegłym wieku. Dawniej każdy pion musiał mieć osobną kadrę, która czekała w gotowości przez całą dobę. Dziś rynek brutalnie weryfikuje takie podejście. Koszty pracy rosną, presja płacowa daje się we znaki, a pracodawcy muszą szukać oszczędności, żeby biznes się spłacał.
Spójrzmy na strukturę. Czy recepcja w hotelu biznesowym musi liczyć pięć osób na zmianę o dziesiątej rano, kiedy większość gości jest już na spotkaniach? Absolutnie nie. Wystarczy jedna lub dwie osoby, a procesy takie jak zameldowanie można przenieść do aplikacji mobilnych albo terminali samoobsługowych. Z kolei w dziale służby pięter, czyli housekeepingu, praca rzadko odbywa się w oparciu o pełne etaty na stałe godziny. Pokoje sprząta się wtedy, kiedy goście z nich wyjeżdżają, a nie cięgiem przez osiem godzin popołudniowych.
Elastyczność zamiast sztywnego grafiku
Nowoczesny hotelarz kalkuluje koszty niemal z ołówkiem w ręku. Średni wskaźnik zatrudnienia w przeliczeniu na jeden pokój w hotelach średniej klasy oscyluje często w granicach 0,3 do 0,5 pracownika na jeden pokój. Oznacza to, że dla obiektu ze 100 pokojami optymalny zespół liczy 30-50 osób rozpisanych na różne formy zatrudnienia – od pełnych etatów po umowy cywilnoprawne i elastyczne agencje pracy.
Kluczem do sukcesu nie jest trzymanie ludzi na zapleczu „na wszelki wypadek”, ale elastyczność. Jeśli w środku tygodnia obłożenie spada do 40 procent, hotel nie potrzebuje pełnej obsady kuchni, serwisu sprzątającego ani dodatkowych rąk do obsługi konferencji. Z kolei w weekendy, gdy obiekt pęka w szwach, posiłkuje się pracownikami zewnętrznymi lub studentami na zlecenia.
Technologia, która zastępuje etat
Kolejny powód, dla którego 100 pokoi nie wymaga stu osób, to cyfryzacja. To, co kiedyś wymagało całego sztabu ludzi w biurze i na zapleczu, dziś robią systemy informatyczne. Automatyczne systemy rezerwacji, elektroniczne zamki otwierane smartfonem, cyfrowe faktury i zintegrowane oprogramowanie magazynowe sprawiły, że administracja skurczyła się do minimum.
Pracownicy stają się też bardziej uniwersalni. W mniejszych i średnio dużych obiektach recepcjonista potrafi pomóc przy śniadaniu, a osoba z obsługi technicznej zajmie się drobną naprawą i jednocześnie skontroluje stan klimatyzacji. Taka wielozadaniowość to dzisiaj standard, który pozwala utrzymać wysoką jakość usług przy znacznie mniejszej liczbie zatrudnionych.
Biznes hotelarski przestał być wyścigiem na to, kto ma większą załogę. Liczy się efektywność, marża i umiejętne dopasowanie zasobów do realnego ruchu, a nie do wyobrażeń sprzed trzydziestu lat.

