
Gotówka, karta, BLIK – kto zarabia na każdej metodzie płatności?
Sięgasz po portfel, wyciągasz plastikową kartę, zbliżasz telefon z uruchomioną aplikacją albo odliczasz brzęczące monety. Robimy to codziennie, rano w piekarni, popołudniu na stacji benzynowej, wieczorem w sklepie internetowym. Dla nas to ułamek sekundy i święty spokój. Jednak za każdym kliknięciem, piknięciem terminala i szuraniem banknotów kryje się skomplikowany układ naczyń połączonych, w którym potężne sumy przechodzą z rąk do rąk. I wcale nie chodzi tu o sam koszt zakupionego chleba czy buty.
Kto tak naprawdę zarabia na tym, że płacisz tak, a nie inaczej? Sprawa wcale nie jest czarno-biała, a tradycyjna gotówka, choć uchodzi za darmową, wcale taka nie jest.
Karta płatnicza, czyli skomplikowany łańcuch pośredników
Gdy płacisz w sklepie kartą, transakcja wygląda na błyskawiczną. Zanim jednak sprzedawca dostanie zielone światło, pieniądze wędrują przez gęstą sieć instytucji. Każda z nich pobiera swoją niewielką, ale niezwykle dochodową prowizję. Płacąc w osiedlowym sklepie, oddajesz część kwoty w postaci tzw. opłaty na rzecz akceptanta, na którą składa się kilka elementów.
Najważniejszym z nich jest opłata interchange. To prowizja, którą bank sprzedawcy musi oddać bankowi, który wydał ci kartę. W Polsce jej wysokość jest ściśle uregulowana od lat i wynosi maksymalnie 0,2% wartości transakcji dla kart debetowych oraz 0,3% dla kart kredytowych. Do tego dochodzi marża agenta rozliczeniowego, czyli firmy dostarczającej terminal, oraz opłaty na rzecz organizacji płatniczych, takich jak Visa czy Mastercard.
W efekcie, mały przedsiębiorca oddaje od każdej transakcji kartowej prowizję wynoszącą zazwyczaj od kilkudziesięciu groszy do ponad procenta wartości zakupu. Dla wielkich sieci handlowych to rocznie miliony złotych kosztów, dla małego warzywniaka – zauważalny ciężar, który jednak musi ponieść, bo brak terminala oznacza dziś utratę klientów. Kto na tym zarabia? Przede wszystkim banki wydające karty oraz giganci technologiczni zarządzający globalnymi sieciami.
BLIK – polski fenomen i czysty zysk banków
Zupełnie inaczej wygląda mechanizm w przypadku BLIK-a, który szturmem zdobył Polską gospodarkę, dominując nie tylko zakupy w sieci, ale coraz śmielej wchodząc do tradycyjnych sklepów dzięki rozwiązaniom zbliżeniowym. System zarządzany przez spółkę Polski Standard Płatności to dziecko polskich banków.
W przeciwieństwie do tradycyjnych kart, w ekosystemie BLIK-a nie ma klasycznej, wysokiej opłaty interchange dla międzynarodowych organizacji. Transakcja rozliczana jest bezpośrednio między bankiem klienta a bankiem sprzedawcy za pośrednictwem platformy PSP. Kto tu zarabia? Przede wszystkim same banki, które oszczędzają na kosztach obsługi gotówki i tradycyjnych kart, oraz spółka PSP, generująca solidne zyski z opłat rozliczeniowych pobieranych od agentów rozliczeniowych i banków uczestniczących w systemie.
Dla konsumenta BLIK zazwyczaj pozostaje darmowy, a dla przedsiębiorców bywa tańszy w obsłudze niż klasyczna karta, co czyni go jednym z najbardziej efektywnych kosztowo instrumentów na rodzimym rynku.
Gotówka: mit całkowitej darmowości
Często powtarzanym mitem jest przekonanie, że gotówka nic nie kosztuje. W relacji klienta ze sklepem fiziczne banknoty rzeczywiście nie generują widocznych prowizji – nie zapłacisz nic ekstra za wyciągnięcie z kieszeni pięćdziesięciozłotowego banknotu. Jednak rachunek ekonomiczny wygląda zupełnie inaczej, gdy spojrzymy na to z perspektywy biznesu oraz państwa.
Przedsiębiorca przyjmujący gotówkę ponosi ukryte, ale realne koszty. Należą do nich:
- bezpieczne przechowywanie w kasy,
- konieczność zatrudnienia pracowników do jej liczenia i rozliczania zmian,
- ryzyko pomyłek, fałszywek czy kradzieży,
- koszty konwojowania gotówki i wpłacania jej na konto bankowe.
W skali makroekonomicznej koszty druku, dystrybucji i ochrony pieniądza papierowego oraz bilonu ponosi Narodowy Bank Polski, co w uśrednionym rozrachunku obciąża cały system finansowy. Jak zauważają analitycy rynkowi, całkowite koszty obsługi gotówki w handlu bywają zbliżone, a czasem nawet wyższe niż nowoczesne opłaty za transakcje bezgotówkowe.
Kto wygrywa to starcie?
Wojna metod płatności nie ma jednego zwycięzcy, bo każda strona szuka własnej korzyści. Banki zarabiają na prowizjach od kart oraz obrocie cyfrowym, operatori terminali i systemów takich jak BLIK żyją z obrotu i technologii, a przedsiębiorcy i konsumenci płacą za wygodę, bezpieczeństwo i czas.
Warto pamiętać, że chociaż nowoczesne płatności elektroniczne wydają się niewidzialne, ich infrastruktura kosztuje. Wybierając konkretną metodę, nieświadomie decydujemy, czy wspieramy globalne korporacje kartowe, krajowy system rozliczeniowy, czy tradycyjną, fizyczną logistykę bankową.

