Dlaczego inflacja może spaść, a ceny w sklepach nie?

Dlaczego inflacja może spaść, a ceny w sklepach nie?

Wchodzisz do osiedlowego sklepu, patrzysz na paragon i z bezradnością kręcisz głową. Przecież w telewizji i w rządowych komunikatach trąbią od tygodni, że inflacja mocno wyhamowała. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego wskaźnik CPI ustabilizował się w okolicach 3,0% rok do roku, a bywało przecież, że galopował w szalonym tempie, osiągając w lutym 2023 roku historyczne szczyty rzędu 18,4%. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego za codzienne zakupy wciąż płacimy krocie?

Odpowiedź na to pytanie tkwi w prostej, choć często pomijanej różnicy semantycznej i matematycznej: spadająca inflacja wcale nie oznacza spadających cen. To jeden z największych i najbardziej uporczywych mitów współczesnej gospodarki. Gdy słyszysz w wiadomościach, że inflacja spadła z 5% do 3%, oznacza to jedynie tyle, że drożyzna hamuje. Ceny wciąż idą w górę, tylko wolniej. Zamiast pędzić jak rozhukany pociąg, jadą teraz nieco spokojniejszym tempem, ale wciąż zmierzają w tym samym kierunku – w górę.

Reklama

Wyobraź sobie prostą analogię z samochodem. Jeśli jadąc ze prędkością 100 km/h, wciśniesz hamulec tak, że zwolnisz do 50 km/h, to wciąż jedziesz do przodu, a nie cofasz się. Dokładnie tak samo jest z polskim koszykiem zakupowym. Ceny, które podskoczyły o kilkadziesiąt procent w trakcie ostatnich lat kryzysu energetycznego i pandemicznego zawirowań, zostały z nami na zawsze. Według twardych analiz statystycznych, skumulowany wzrost cen żywności w Polsce od czasów przedpandemicznych sięga już ponad 46%. Taki pułap sprawia, że nawet chwilowa, sezonowa deflacja na niektórych warzywach czy owocach, odnotowana w niektórych miesiącach przez GUS, wydaje się kroplą w morzu potrzeb.

Kolejnym powodem, dla którego nie widzimy ulgi w portfelach, jest struktura naszych codziennych wydatków. Oficjalna inflacja liczona jest jako średnia z ogromnego koszyka zawierającego tysiące towarów i usług – od bochenka chleba, przez telewizory, aż po koszty wycieczek zagranicznych czy usług prawniczych. Tymczasem przeciętny Kowalski większość swoich dochodów zostawia w sklepach spożywczych oraz na stacjach benzynowych i rachunkach za mieszkanie. Kiedy tanieją sprzęty RTV czy odzież, średnia statystyczna spada. Ale kiedy masło, mięso czy opłaty za energię wciąż trzymają wysoki poziom lub rosną, nasza subiektywna inflacja odczuwalna przy kasie jest o wiele wyższa niż to, co pokazuje oficjalny komunikat GUS.

Nie bez znaczenia pozostają też koszty stałe, z którymi mierzą się sami przedsiębiorcy. Sklepy handlowe, hurtownie i producenci żywności wciąż ponoszą ogromne obciążenia. Wysokie rachunki za prąd i gaz dla firm, rosnące stawki płacy minimalnej oraz skomplikowana sytuacja logistyczna sprawiają, że margines błędu w handlu detalicznym jest minimalny. Nawet jeśli ceny surowców na giełdach światowych odrobinę spadają, to przetwórcy i sieci handlowe muszą najpierw odrobić wcześniejsze straty i zabezpieczyć się przed kolejnymi szokami regulacyjno-podatkowymi, takimi jak chociażby zmiany w cennikach paliw czy wygaszanie tarcz osłonowych.

Reklama

Warto też pamiętać o psychologii naszego postrzegania pieniądza. Przyzwyczailiśmy się do pewnego poziomu cen z lat stabilności i każdy wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych za małe zakupy budzi w nas naturalny opór. Płace nominalne w Polsce rosną, co z jednej strony cieszy, ale z drugiej – zasila popyt, dając handlowcom sygnał, że klienci są w stanie zapłacić więcej. Dopóki rynek pracy jest silny, a konsumenci kupują, ceny nie mają solidnego powodu, by drastycznie nurkować w dół. Deflacja, czyli realny spadek cen w całej gospodarce, zazwyczaj zwiastuje potężne tarapaty, kryzys i masowe zwolnienia, czego żaden zdrowo myślący ekonomista nie życzy rynkowi. Zatem wysokie ceny w sklepach to nowa rzeczywistość, do której przyjdzie nam się po prostu przyzwyczaić, nawet jeśli wykresy inflacji będą wyglądać coraz bardziej zielono.

KATEGORIE
TAGI
Udostępnij to

Komentarze

Wordpress (0)
Disqus ( )