Polska za 10 lat bez dużej części obecnych pracowników

Polska za 10 lat bez dużej części obecnych pracowników

Gdy myślimy o polskiej gospodarce za dekadę, rzadko zadajemy sobie najbardziej brutalne pytanie. Nie co będzie z inflacją, nie jak wysokie staną się stopy procentowe, ale kto właściwie będzie tu jeszcze pracował. Liczby, które dostarczają nam instytucje badawcze, powoli przestają być wyłącznie ostrzeżeniem. Stają się harmonogramem nadchodzących wydarzeń.

Zgodnie z głośnym raportem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE), przy zachowaniu obecnych trendów demograficznych, do 2035 roku polski rynek pracy może skurczyć się o oszałamiające 2,1 miliona osób. To oznacza ubytek sięgający aż 12,6% całej dzisiejszej podaży pracy. Spadek nie rozłoży się równomiernie po całym systemie. Uderzy dokładnie w te fundamenty, na których trzyma się nasza codzienność – od przemysłu, przez handel, aż po edukację i ochronę zdrowia.

Reklama

Zrozumienie tej skali wymaga spojrzenia na proste mechanizmy pokoleniowe. Z jednej strony na zasłużone emerytury masowo odchodzą bardzo liczne roczniki wyżu demograficznego z lat 80. Z drugiej strony w dorosłość wchodzą dzieci z lat dwutysięcznych, kiedy statystyki urodzeń zanotowały dramatyczny spadek. Wystarczy prosta matematyka. Kiedy od liczby pracowników opuszczających rynek odejmiemy garstkę następców, zostajemy z wielką czarną dziurą. Z szacunków analityków wynika, że różnica między odchodzącymi a wchodzącymi na rynek w skali roku to w niektórych momentach ubytek rzędu ponad pół miliona rąk do pracy rocznie.

Przez ostatnią dekadę łatano tę lukę napływem pracowników z zagranicy. Według danych GUS legalnie zatrudnionych u nas cudzoziemców było już 1,25 miliona. Jednak pole manewru drastycznie maleje, a inne kraje Europy Zachodniej prowadzą dokładnie tę samą grę o imigrantów, często oferując lepsze warunki socjalne i wyższe zarobki. Liczenie na to, że obcokrajowcy sami wypełnią każdą wolną przestrzeń, przestaje być realistycznym planem gospodarczym.

Gdzie ubytek będzie najbardziej bolesny? Z symulacji PIE wynika, że w samym przemysłowym sercu gospodarki ubędzie ponad 805 tysięcy etatów. W handlu i naprawach pojazdów zniknie ok. 423 tysiące miejsc pracy, w edukacji 414 tysięcy, a w rolnictwie 406 tysięcy. Jeśli te sektory nie zdołają skompensować braku ludzi, scenariusz makroekonomiczny zakłada potężne cięcia w PKB – szacunki mówią o spadku rzędu 6-8%.

Reklama

Biznes już teraz próbuje ratować się na własną rękę. Firmy coraz śmielej wdrażają rozwiązania z zakresu automatyzacji, sztucznej inteligencji i robotyzacji, licząc na tzw. dywidendę techniczną. Zamiast kasjerów montujemy kasy samoobsługowe, w fabrykach rośnie liczba autonomicznych ramion robotów. Nie da się jednak zautomatyzować wszystkiego. Trudno wyobrazić sobie robota, który z empatią zaopiekuje się pacjentem w szpitalu geriatrycznym albo poprowadzi lekcję w szkole podstawowej. Dane ZUS pokazują zresztą drugą stronę medalu – stopa zastąpienia, czyli relacja przyszłej emerytury do ostatniej pensji, dla dzisiejszego pokolenia 30-latków może spaść za kilkadziesiąt lat do zaledwie 30%. To zmusza nas do refleksji nad tym, jak w ogóle wyobrazimy sobie wydłużanie aktywności zawodowej i przekwalifikowanie społeczeństwa.

Polska za dziesięć lat bez dużej części obecnych pracowników nie zatrzyma się nagle w miejscu, ale będzie zmuszona funkcjonować w zupełnie nowej rzeczywistości. Oszczędności, innowacje i mądrze prowadzona polityka migracyjna przestają być modnymi hasłami z konferencji biznesowych. Stają się warunkiem przetrwania całego systemu.

KATEGORIE
TAGI
Udostępnij to

Komentarze

Wordpress (0)
Disqus ( )