
Ciężarówka stojąca w korku kosztuje więcej, niż widać
Gdy widzisz na obwodnicy czy wylotówce z dużego miasta sznur wielkich aut ciężarowych, zazwyczaj myślisz o zmarnowanym czasie kierowcy albo po prostu machasz ręką z irytacją, że znowu tworzy się zator. Taki widok powoli staje się krajobrazowym standardem, na który większość z nas przestała zwracać uwagę. Problem w tym, że kalkulacja kosztów takiego przestoju na biegu jałowym to znacznie więcej niż tylko spalonych kilka litrów oleju napędowego. Rachunek, który na koniec dnia płaci cała gospodarka, jest o wiele dłuższy i o wiele bardziej bolesny dla portfeli.
Przewoźnicy i analitycy rynkowi nie mają wątpliwości, że sektor transportu drogowego porusza się w ostatnich latach po wyjątkowo grząskim gruncie. Z danych analizowanych w raportach branżowych wynika, że presja kosztowa w tej gałęzi gospodarki osiągnęła historyczne maksima. Według opracowań przygotowywanych przez **Transport i Logistyka Polska (TLP)**, skumulowane podwyżki opłat drogowych, takich jak system e-TOLL, gdzie stawki wzrosły miejscami o ponad **40-42%**, a sieć płatnych tras powiększyła się do blisko **5,9 tys. km**, dramatycznie windują wydatki firm przewozowych. W takich realiach każda minuta, w której zestaw o masie kilkudziesięciu ton stoi w miejskim korku zamiast jechać, staje się luksusem, na który polski biznes po prostu nie może sobie pozwolić.
Co tak naprawdę spala stojąca ciężarówka?
Zacznijmy od fizyki i prostej matematyki. Nowoczesna ciężarówka spełniająca normy Euro 6 spala na biegu jałowym od **2 do nawet 4 litrów oleju napędowego na godzinę**. W warunkach zatoru drogowego silnik pracuje, katalizatory i układy oczyszczania spalin wychładzają się, co wymusza ich późniejsze kosztowne wypalanie, a podzespoły mechaniczne zużywają się dokładnie tak samo, jakby pojazd pokonywał kolejne kilometry. Do tego dochodzi koszt pracy kierowcy. Zgodnie z unijnymi przepisami o czasie pracy, spędzenie dwóch godzin w korku na obwodnicy Warszawy czy Wrocławia to dokładnie te same dwie godziny normy czasu pracy, co jazda ze stałą prędkością **80-90 km/h**. Kierowca zarabia, firma płaci stawkę godzinową lub kilometrową, ale towar nie przesuwa się ani o metr w stronę docelowego magazynu.
Skalę problemu doskonale widać, gdy spojrzymy na szersze dane makroekonomiczne. Europejskie statystyki zewnętrzne pokazują, że koszty zewnętrzne transportu drogowego generowane przez hałas, wypadki oraz właśnie zatory komunikacyjne idą w miliardy euro. Jak wynika z szacunków publikowanych m.in. w analizach sektora kolejowego i drogowego opierających się na danych **UTK**, same roczne koszty zewnętrzne generowane przez transport drogowy w Polsce szacuje się na potężną kwotę około **16,87 miliarda euro**, z czego zdecydowana większość przypada na ciężkie pojazdy użytkowe. Korki stanowią w tej strukturze gigantyczną pozycję, która po cichu drenuje finanse przedsiębiorstw.
Efekt domina na półce w sklepie
Mało kto zastanawia się nad tym, że koszt przestoju ciężarówki w korku nie kończy się na firmie transportowej. To mechanizm naczyń połączonych, który błyskawicznie uderza w konsumentów. Jeśli spedycja traci płynność i ponosi dodatkowe straty z powodu paraliżu infrastrukturalnego miast, próbuje przerzucić te koszty dalej. Co ciekawe, z badań TLP wynika, że obecnie aż **60% firm transportowych dopłaca do interesu z własnej marży**, ponieważ tradycyjni zleceniodawcy i sieci handlowe odmawiają akceptacji wyższych stawek za usługi. Kiedy jednak margines bezpieczeństwa finansowego małych firm – a przypomnijmy, że segment małych flot dominuje w polskiej strukturze gospodarczej – dobiegnie końca, ceny usług muszą wzrosnąć.
W rezultacie za każdą godzinę, którą tir spędza unieruchomiony w miejskim zatorze na trasie krajowej lub międzynarodowej, płacimy wszyscy w cenach produktów na sklepowych półkach. Logistyka to krwiobieg handlu. Jeśli ten obieg zwalnia, rosną koszty utrzymania magazynów, opóźniają się dostawy typu *just-in-time*, a łańcuchy dostaw stają się podatne na zerwanie.
Czy można to zmienić?
Rozwiązania tego problemu nie są proste, bo wymagają czegoś więcej niż tylko domalowania kolejnego pasa ruchu. Wymagają mądrzejszego zarządzania ruchem miejskim, rozwoju alternatywnych gałęzi transportu, takich jak intermodal, oraz realnej cyfryzacji procesów logistycznych. Dopóki jednak miejskie aglomeracje duszą się w godzinach szczytu, a ciężarówki utykają w tych samych miejscach co samochody osobowe, polska gospodarka traci miliony złotych dziennie. Następnym razem, gdy staniesz w korku i spojrzysz na potężną kabinę tira stojącego obok, spójrz na nią jak na wykres finansowy, który właśnie pikuje w dół.

