
Dlaczego inflacja może spaść, a ceny w sklepach nie?
Wchodzisz do osiedlowego sklepu, patrzysz na paragon i masz wrażenie, że ktoś tu sobie z ciebie żartuje. W telewizji słyszysz w tym czasie o optymistycznych danych z Głównego Urzędu Statystycznego. Oficjalne wskaźniki pokazują, że inflacja mocno wyhamowała, a w niektórych miesiącach wręcz książkowo dotarła do celu Narodowego Banku Polskiego. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego za ten sam koszyk zakupów wciąż płacisz krocie?
To pytanie zadaje sobie chyba każdy, kto regularnie płaci kartą przy kasie. Ekonomiczny mechanizm kryjący się za tym zjawiskiem bywa jednak źródłem sporych nieporozumień. Czas rozebrać ten problem na czynniki pierwsze i sprawdzić, dlaczego hamująca inflacja wcale nie oznacza powrotu dawnych cen.
Spadek inflacji to nie spadek cen
Zacznijmy od podstawowego błędu pojęciowego, który popełniamy najczęściej. Gdy słyszymy w wiadomościach, że inflacja spadła np. z 4% do 2,5%, nasza podświadomość tłumaczy to jako komunikat: „wszystko potaniało”. Niestety, biologia i ekonomia mówią tu zupełnie co innego.
Wskaźnik inflacji mierzy dynamikę zmian, czyli tempo, z jakim rosną ceny. Jeśli inflacja wynosi 2,5%, oznacza to, że ceny wciąż idą w górę, tylko robią to o połowę wolniej niż wtedy, gdy wskaźnik oscylował wokół kilkunastu procent. Wyobraź sobie auto, które jedzie autostradą z prędkością 140 km/h, a potem zwalnia do 70 km/h. Czy to oznacza, że samochód zaczepił o wsteczny bieg i cofa się w stronę punktu wyjścia? Skądże. Dalej jedzie naprzód, tyle że wolniej. Podobnie jest z koszykiem zakupowym w markecie – on wciąż drożeje, tylko kierowca nieco zdjął nogę z gazu.
Efekt skali, czyli dlaczego nie wrócimy do cen sprzed lat
Kolejna pułapka tkwi w naszej pamięci długoterminowej. Mamy naturalną tendencję do porównywania obecnych realiów z tymi sprzed kilku lat, kiedy za chleb, masło czy paliwo płaciliśmy znacznie mniej. Zapominamy jednak o potężnym szoku kosztowym, jaki gospodarka przeżyła w poprzednich latach.
Kiedy ceny w wyniku pandemii, kryzysu energetycznego i wojny w Ukrainie wystrzeliły w kosmos o kilkadziesiąt procent, cała struktura kosztów w gospodarce trwale się zmieniła. Podskoczyły minimalne wynagrodzenia, wzrosły stawki za najem powierzchni magazynowych, zdrożał transport, a składki i podatki poszły w górę. Żeby ceny w sklepach zaczęły faktycznie spadać w ujęciu bezwzględnym – czyli żeby nastąpiła klasyczna deflacja – musielibyśmy mierzyć się z dramatycznym kryzysem popytowym, masowymi zwolnieniami i recesją, w której firmy wyprzedają towary za bezcen, by ratować płynność.
Czy tego chcemy? Zazwyczaj nie, bo deflacja w skali makro to dla gospodarki potężny hamulec.
Jak to wygląda w praktyce? Wyniki badań rynkowych
O tym, że sytuacja na półkach jest skomplikowana, świetnie pokazują cykliczne analizy rynkowe. Przykładowo, raporty dotyczące cen w sklepach detalicznych (takie jak opracowania UCE Research czy Uniwersytetu WSB Merito) regularnie udowadniają, że chociaż ogólna dynamika wzrostów wyhamowuje, to poszczególne kategorie dóbr zachowują się skrajnie różnie.
Podczas gdy wybrane towary – na przykład tłuszcze czy niektóre artykuły nabiałowe – potrafią okresowo tanieć dzięki wahaniom na rynkach surowców globalnych, to inne pozycje uparcie pną się w górę. Napoje bezalkoholowe, chemia gospodarcza czy pieczywo często drożeją w tempie wyraźnie przewyższającym średnie wskaźniki inflacyjne. Wpływają na to między innymi rosnące koszty logistyki, droższe paliwa czy nowe obciążenia regulacyjne, takie jak opłaty związane z systemem kaucyjnym.
Portfel pamięta lepiej niż statystyka
GUS w swoich badaniach bierze pod uwagę uśredniony koszyk zakupowy przeciętnego Kowalskiego. Problem polega na tym, że żaden z nas nie jest „przeciętnym Kowalskim”. Jeden wydaje więcej na leki, drugi na paliwo, a trzeci na usługi fryzjerskie czy edukację dzieci. Ceny usług – w przeciwieństwie do masowo produkowanych towarów – rosną zazwyczaj najtrudniej do zbicia, bo stoją za nimi koszty pracy, czyli nasze pensje.
Sklepy i producenci muszą też odbić sobie lata, w których marże były mocno uderzane przez niestabilny rynek. Dopóki popyt wewnętrzny w Polsce trzyma się mocno – a napędzają go rosnące wynagrodzenia – handlowcy nie mają silnej motywacji do tego, by drastycznie ciągnąć marże w dół. Skoro klienci wciąż kupują, ceny pozostają na stabilnym, choć odczuwalnie wyższym poziomie.
Inflacja może spadać na papieru i w oficjalnych biuletynach rządowych, ale ulga w portfelu to zupełnie inna opowieść. Dopóki dynamika wzrostu cen nie zderzy się z realnym, długotrwałym zatrzymaniem kosztów stałych w firmach, dotychczasowe podwyżki zostaną z nami na stałe. I to jest fakt, z którym muszą mierzyć się dziś zarówno ekonomiści, jak i zwykli konsumenti przy kasie.

