Ile kosztuje Polskę biurokracja?

Kiedy mowa o prowadzeniu biznesu albo po prostu o codziennym życiu w Polsce, prędzej czy później pojawia się temat urzędów. Każdy, kto próbował kiedykolwiek założyć firmę, uzyskać pozwolenie na budowę czy rozliczyć bardziej skomplikowane podatki, doskonale wie, jak wygląda starcie z papierową machiną. Biurokracja ma to do siebie, że rzadko wyskakuje na nas zza rogu w postaci jednej, dramatycznej faktury. Zamiast tego sączy się powoli, dzień po dniu, w postaci kolejnych formularzy, niejasnych przepisów i straconego czasu.

Skala tego zjawiska od lat rozpala wyobraźnię ekonomistów, polityków i samych przedsiębiorców. Nie chodzi tu jednak wyłącznie o pensje urzędników zasiadających za biurkami w ministerialnych gmachach czy miejskich ratuszach. Prawdziwy koszt biurokracji to cała gospodarcza plątanina, w którą wpadają obywatele i firmy.

Reklama

Ile to kosztuje w twardych liczbach?

Z perspektywy makroekonomicznej koszty administracyjne i obsługi skomplikowanego prawa idą w dziesiątki miliardów złotych. Jak pokazują dawniejsze, ale wciąż miarodajne analizy Ministerstwa Gospodarki oraz aktualne diagnozy rynkowe, suma bezpośrednich i pośrednich obciążeń administracyjnych pochłania co roku kilka procent polskiego Produktu Krajowego Brutto.

Gdy spojrzymy na to okiem przedsiębiorcy, obraz staje się jeszcze wyraźniejszy. Z badań takich jak EY Barometr Przedsiębiorczości wynika jasno, że nadmiar i ciągła zmienność przepisów to dla firm w Polsce jedna z absolutnie największych barier w prowadzeniu działalności. Co więcej, według cyklicznych analiz przygotowywanych przez firmę doradczą Grant Thornton we współpracy z Konfederacją Lewiatan, średniej wielkości firma w naszym kraju musi wysłać do przeróżnych urzędów ponad 200 różnego rodzaju formularzy, deklaracji i sprawozdań rocznie.

Przekłada się to na konkretne roboczogodziny. Specjaliści z Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) zwracają uwagę, że dla najmniejszych firm, które nie mają własnych działów prawnych ani sztabu doradców podatkowych, każda godzina spędzona nad urzędową papierologią to dosłownie zmarnowany czas, który można by przeznaczyć na zarabianie pieniędzy i rozwój biznesu. Ponad połowa polskich przedsiębiorstw ankietowanych przez PIE wskazuje, że ograniczenie biurokracji realnie zmniejszyłoby koszty prowadzenia działalności.

Reklama

Czerwona tasiemka i legislacyjna biegunka

Skąd bierze się ten stan rzeczy? Anglosasi używają na określenie nadmiernych formalności pojęcia *red tape*, czyli dosłownie czerwonej tasiemki. W Polsce tę tasiemkę często plecie się za pomocą tzw. legislacyjnej biegunki. Prawo zmienia się tak szybko, że sami urzędnicy nierzadko gubią się w interpretacji nowych przepisów. Ta niestabilność rodzi niepewność prawną, a niepewność z kolei wymusza ostrożność, która paraliżuje inwestycje.

Wystarczy spojrzeć na statystyki dotyczące samego procesu inwestycyjnego czy budowlanego. Objętość dokumentacji wymaganej do załatwienia podstawowych spraw urzędowych rośnie w lawinowym tempie. Urzędy są cyfryzowane, powstają kolejne platformy internetowe, ale zamiast prostoty często dostajemy systemy, które wymagają klikania w dziesiątkach okienek, zamiast załatwić sprawę jednym ruchem.

Kto za to płaci?

Odpowiedź jest bolesna w swojej prostocie: płacimy za to wszyscy. Firmy przerzucają koszty obsługi biurokratycznej na klientów, co winduje ceny towarów i usług. Z kolei państwo utrzymuje gigantyczny aparat, którego utrzymanie kosztuje budżet państwa miliardy złotych rocznie.

Czy biurokrację da się całkowicie wyeliminować? Oczywiście, że nie. Każde nowoczesne państwo potrzebuje sprawnego systemu kontroli, podatków i ewidencji. Problem polega jednak na tym, gdzie leży granica między zdrowym rozsądkiem a urzędowym absurdem. Dopóki przepisy będą tworzone w oderwaniu od rzeczywistości gospodarczej, a formularze będą mnożyć się szybciej niż nowe miejsca pracy, dopóty Polska będzie dopłacać do swojej własnej papierowej machinarii gigantyczną, niewidzialną premię.

KATEGORIE
TAGI
Udostępnij to

Komentarze

Wordpress (0)
Disqus ( )