
Porażająca bierność urzędników nad morzem. NIK ujawnia tysiące nielegalnych inwestycji
Wakacyjny relaks nad polskim morzem ma swoją ciemną stronę, o której rzadko dyskutuje się przy parapetach smażalni ryb. Gwałtowny popyt na prywatny wypoczynek i turystyczny boom sprawiły, że tereny o wysokich walorach krajobrazowych zaczęły przypominać plac budowy bez jakichkolwiek reguł. Opublikowany pod koniec lipca 2026 roku raport Najwyższej Izby Kontroli rzuca światło na to, jak lokalne samorządy przymykają oko na rosnącą lawinę nielegalnych obiektów.
Inspektorzy wzięli pod lupę sytuację w województwie pomorskim w okresie od stycznia 2020 do sierpnia 2025 roku. Choć formalnie w sześciu skontrolowanych gminach wykryto 104 przypadki podejrzeń samowoli budowlanej, szybko wyszło na jaw, że statystyki te to zaledwie wierzchołek gigantycznej góry lodowej. Prawdziwą skalę zjawiska obnażyła inwentaryzacja przeprowadzona z powietrza.
Lotnicze zwiady i tysiące samowoli pod lupą
Gdy w gminach Władysławowo i Krokowa sięgnięto po nowoczesne narzędzia i wykonano naloty połączone ze zdjęciami lotniczymi, oczom kontrolerów ukazała się porażająca rzeczywistość. Na samych tych terenach zidentyfikowano aż 1044 potencjalne samowole budowlane. Efekt? W samym 2025 roku do nadzoru budowlanego wpłynęło 567 zgłoszeń, podczas gdy w ciągu wcześniejszych pięciu lat – od 2020 do końca 2024 roku – takich interwencji było zaledwie 47.
Problem polega na tym, że właściciele działek masowo stawiają domki letniskowe, przyczepy kempingowe czy inne obiekty o charakterze tymczasowym, aby ominąć rygorystyczne przepisy prawa budowlanego i zagospodarowania przestrzennego. Często powstają one na terenach całkowicie pozbawionych podstawowej infrastruktury, takiej jak sieć wodno-kanalizacyjna, co bezpośrednio uderza w lokalny ekosystem i niszczy unikalny krajobraz Pomorza.
Urzędnicy skapitulowali przed problemem
Największym zaskoczeniem w raporcie NIK nie jest jednak sama pomysłowość inwestorów, lecz bierność tych, którzy stoją na straży prawa. Z ustaleń Izby wynika, że ani urzędy gmin, ani powiatowe inspektoraty nadzoru budowlanego nie prowadziły żadnych systemowych działań prewencyjnych. Kontrole odbywały się niemal wyłącznie wtedy, gdy zirytowani sąsiedzi lub mieszkańcy składali formalne skargi.
Co więcej, kontrolerzy trafili na nieprawidłowości nie tylko na prywatnych gruntach, ale również na działkach stanowiących własność samorządów. W praktyce organy odpowiedzialne za kontrolę rozkładały ręce, a wszczęte postępowania ciągnęły się latami, pozwalając inwestorom na bezkarne czerpanie zysków z nielegalnych obiektów. Sytuacja na Pomorzu udowadnia, że bez wdrożenia automatycznych metod monitoringu przestrzeni i realnej odpowiedzialności urzędników, dzika zabudowa nad polskim morzem nadal będzie rozwijać się bez przeszkód.
Źródło: businessinsider.com.pl

