
Wielki rachunek za polską administrację
Gdy słyszysz o milionach wydawanych przez państwo, liczby te często wydają się abstrakcyjne. Przechodzą przez sejmowe korytarze, trafiają do skomplikowanych wykresów, aż w końcu giną w natłoku innych informacji gospodarczych. Jednak najnowszy raport Forum Obywatelskiego Rozwoju pod tytułem „Rachunek od państwa” sprowadza te wielkie makroekonomiczne pojęcia do bardzo przyziemnego poziomu. Z zawartych w nim wyliczeń wynika, że wydatki publiczne w Polsce zbliżyły się do granicy 2 bilionów złotych. W przeliczeniu na każdego mieszkańca naszego kraju daje to ponad 53 tysiące złotych rocznie. To kwota, którą państwo wydaje w naszym imieniu – niezależnie od tego, czy akurat korzystamy z publicznych usług, czy wolimy radzić sobie sami.
Kiedy patrzymy na strukturę tych wydatków, łatwo zauważyć, co najbardziej obciąża krajowy budżet. Lwią część stanowią szeroko pojęte transfery społeczne, na czele z emeryturami i rentami. Te ostatnie w przeliczeniu na jedną osobę wynoszą niemal 14,7 tysiąca złotych rocznie, jeśli doliczyć do tego dodatkowe świadczenia w postaci trzynastych i czternastych emerytur. Do tego dochodzą potężne kwoty przeznaczane na ochronę zdrowia, edukację oraz programy społeczne. Jednak uwagę analityków przykuwa coś zupełnie innego – dynamika wzrostu pozycji, o których na co dzień mówi się stosunkowo niewiele.
Gdzie uciekają najwięcej rosnące pieniądze?
Spoglądając na dane rok do roku, widać wyraźnie, które sektory państwowego machinażu pęcznieją najszybciej. Z raportu FOR wynika, że wydatki publiczne wzrosły o 11 procent, ale niektóre kategorie zanotowały skoki niemal windowe. Absolutnym rekordzistą pod względem tempa wzrostu okazała się obsługa długu publicznego, która poszybowała w górę o 23,5 procent. To bezpośredni skutek rosnącego zadłużenia kraju i coraz wyższych stóp procentowych, przez co samo rolowanie starych zobowiązań kosztuje nas coraz większe fortuny.
Tuż za obsługą długu uplasowała się administracja publiczna. Wydatki na utrzymanie urzędów i struktur państwowych wzrosły o 20,8 procent. Dla porównania, nakłady na bezpieczeństwo i wymiar sprawiedliwości zwiększyły się o 16,4 procent. Oznacza to, że koszty biurokracji rosną szybciej niż wydatki na wiele kluczowych funkcji państwa. W praktyce państwo staje się coraz droższe w utrzymaniu, a każdy kolejny rok przynosi nowe rekordy w tabelach wydatków bieżących.
Rachunek bez gospodarczego pokrycia
Największym problemem polskiej gospodarki nie jest jednak sam fakt, że wydajemy dużo, ale to, że wydajemy znacznie więcej, niż udaje nam się zarobić. Państwowa kasa notuje stałą dziurę budżetową. W ujęciu na jednego mieszkańca wydatki państwa były o prawie 6,4 tysiąca złotych wyższe niż faktyczne dochody z podatków i innych wpływnych źródeł. Tę bolesną różnicę zasypuje się dłupem, co sprawia, że całkowite zadłużenie Skarbu Państwa przekroczyło już psychologiczną granicę 2 bilionów złotych. W przeliczeniu na każdego Polaka daje to ponad 53,6 tysiąca złotych czystego długu.
Ekonomiści od dawna zwracają uwagę, że taki model finansowania publicznego przypomina łatanie dziury w dachu kolejną pożyczką. Zamiast szukać oszczędności w rozrastającej się strukturze urzędniczej czy racjonalizować wydatki socjalne, kolejne ekipy rządzące decydują się na dolewanie oliwy do ognia. W efekcie udział wydatków publicznych w polskim PKB przekroczył pułap 49 procent, co stawia nas w europejskiej czołówce państw o najbardziej rozbudowanym interwencjonizmie, często prześcigając pod tym względem kraje Zachodu, które tradycyjnie słyną z państwa opiekuńczego.
Co to oznacza dla zwykłego obywatela?
Koniec końców za ten wielki rachunek płaci każdy z nas – robiąc codzienne zakupy, opłacając rachunki czy rozliczając podatek dochodowy. Wysokie koszty administracji oraz rosnące koszty obsługi długu oznaczają, że w budżecie zostaje coraz mniej przestrzeni na realne inwestycje rozwojowe, nowoczesną infrastruktury czy innowacje, które mogłyby napędzać polską gospodarkę w kolejnych dekadach.
Pieniądze uciekają na bieżącą konsumpcję i obsługę rozbuchanej machiny biurokratycznej. Zamiast pytać, skąd wziąć kolejne środki na ratowanie budżetu, politycy prędzej czy później będą musieli zadać sobie fundamentalne pytanie o to, jak odchudzić państwo, zanim koszty jego utrzymania całkowicie zduszą prywatną przedsiębiorczość.

