
Czy 4-dniowy tydzień pracy ma sens ekonomiczny?
Dyskusja o tym, czy tradycyjny model zatrudnienia nadąża za rzeczywistością, trwa od lat. Kiedy słyszymy o koncepcji zakładającej pracę przez cztery dni w tygodniu przy zachowaniu pełnego wynagrodzenia, w głowach wielu z nas od razu pojawia się proste pytanie o ekonomiczny sens takiego ruchu. Przecież mniej przepracowanych godzin powinno oznaczać mniejszą produkcję, prawda? Taka intuicja wydaje się naturalna, ale twarde dane z kolejnych eksperymentów prowadzonych na całym świecie zaczynają rysować zupełnie inny obraz.
Zacznijmy od konkretów. Jednym z najgłośniejszych punktów odniesienia w tej dyskusji pozostają wyniki badań koordynowanych przez organizację 4 Day Week Global, które objęły m.in. Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię czy Irlandię. W trwających długoterminowo testach wykazano, że pracownicy w modelu skróconym potrafili wykonać tyle samo zadań w ciągu 33 godzin, ile wcześniej w 38 godzin. Co więcej, w największym brytyjskim pilotażu z 2022 roku, w którym wzięło udział około 3 000 pracowników w 61 firmach, ponad 90% przedsiębiorstw zdecydowało się kontynuować ten system po zakończeniu testów, a 18 firm wprowadzyło go na stałe. Liczba dni chorobowych spadła wtedy o imponujące 65%, a 71% zatrudnionych zgłosiło wyraźnie niższy poziom wypalenia zawodowego.
Ekonomiczna druga strona medalu
Mimo optymistycznych wyników testów, ekonomiczni sceptycy zachowują zimną krew i wskazują na realne zagrożenia. Dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista i doradca makroekonomiczny firm w Grant Thornton, wprost porównuje postulaty administracyjnego skrócenia czasu pracy do sytuacji, w której siedzi się na schnącej gałęzi i postanawia się ją jeszcze podpiłować o jedną piątą. Z kolei Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej (KIG), zwraca uwagę na mechanizm rynkowy: krótszy czas pracy przy zachowaniu identycznych pensji oznacza wyższe koszty na jednostkę produktu. To z kolei może napędzać inflację oraz obniżać międzynarodową konkurencyjność rodzimych firm, które przegrają z tańszą konkurencją z rynków zagranicznych.
Nie da się ukryć, że korzyści płynące ze skróconego tygodnia pracy rozkładają się nierównomiernie. Z najnowszych raportów, takich jak opracowanie Fundacji Stocznia czy analizy agencji doradztwa personalnego Hays Poland, wynika jasno, że 4-dniowy tydzień pracy bywa nazywany przywilejem dla tak zwanej arystokracji rynku pracy. Chodzi o młodszych, dobrze wykształconych specjalistów, najczęściej z dużych ośrodków miejskich, którzy mogą łatwo zoptymalizować swoje zadania biurowe. Zupełnie inaczej wygląda to w handlu, transporcie, budownictwie czy ochronie zdrowia, gdzie obsługa klienta lub procesy produkcyjne wymagają ciągłej obecności ludzi przez określoną liczbę godzin na dobę.
Jak na te zmiany patrzy Polska?
W Polsce temat ten przestał być jedynie publicystyczną ciekawostką i wszedł w fazę oficjalnych działań. Rządowe inicjatywy oraz pilotaže spotykają się z dużym zainteresowaniem opinii publicznej. Z badań ManpowerNastroje Rynku Pracy wynika, że poparcie dla 4-dniowego tygodnia pracy w społeczeństwie utrzymuje się na wysokim poziomie, choć część ankietowanych wciąż obawia się potencjalnego zamieszania w portfelach. Z kolei badania Uniwersytetu SWPS pokazują, że aż 74% respondentów spodziewa się pozytywnego wpływu takiego rozwiązania na ogólną jakość życia.
Czy zatem 4-dniowy tydzień pracy ma ekonomiczny sens? Odpowiedź brzmi: tak, ale pod warunkiem, że nie jest wprowadzany dekretem z dnia na dzień, lecz wyrasta z organicznej poprawy efektywności, cyfryzacji oraz automatyzacji procesów. Tam, gdzie kluczem jest kreatywność, skupienie i jakość dostarczanego produktu, a nie spędzone przy biurku godziny, skrócenie czasu pracy staje się narzędziem podnoszącym konkurencyjność i zatrzymującym talenty. W tradycyjnych sektorach opartych na pracy czysto fizycznej lub ciągłej obsłudze stacjonarnej taka zmiana wymagać będzie jednak potężnych inwestycji technologicznych, by nie doprowadzić do zadyszki całych gałęzi gospodarki.

