
Co oznacza świat bez dominacji Zachodu dla polskiej gospodarki?
Przez dziesięciolecia zasada była prosta. Centrum światowej finansjery, innowacji i decyzji politycznych znajdowało się w Waszyngtonie, Brukseli oraz stolicach Europy Zachodniej. Reszta globu dostosowywała się do tych reguł, handlowała w dolarach i konkurowała o względy zachodnich rynków. Dziś ten porządek rozjeżdża się w oczach, a świat staje się multipolarny. Globalny handel szuka nowych ścieżek, a tradycyjne potęgi zmagają się z wewnętrznymi kryzysami. Co ta zmiana oznacza dla polskiej gospodarki, która przez ostatnie trzydzieści lat rosła głównie dzięki silnym powiązaniom ze starym kontynentem?
Przedsiębiorcy znad Wisły przyzwyczaili się, że najważniejszym partnerem handlowym są Niemcy, a stabilność europejskich łańcuchów dostaw jest czymś oczywistym. Tymczasem najnowsze analizy pokazują, że ten model zaczyna się krztusić. Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swoich raportach regularnie zwraca uwagę na rosnącą fragmentację globalnej gospodarki. Zamiast jednej, otwartej przestrzeni handlowej, dostajemy układankę bloków rywalizujących o surowce, technologie i rynki zbytu. Dla kraju o otwartej gospodarce, jakim jest Polska, to gigantyczne przetasowanie.
Z jednej strony tracimy komfort przewidywalności, z drugiej zyskujemy zupełnie nowe role. Z danych Eurostatu wynika, że polski PKB zbliżył się do pułapu około 918 miliardów euro, a nasz kraj awansował w wielu obszarach konsumpcyjnych, zostawiając w tyle niektóre państwa południowej i wschodniej Europy. Co więcej, agencje takie jak S&P Dow Jones Indices zdecydowały o zmianie klasyfikacji Polski z rynku wschodzącego na rynek rozwinięty, co formalnie wejdzie w życie we wrześniu 2027 roku. To dowód, że nasza waga w międzynarodowym systemie finansowym urosła. Jednak w świecie bez jednoznacznej dominacji Zachodu sama metka rozwiniętej gospodarki to za mało, by czuć się bezpiecznie.
Największym wyzwaniem w nowej rzeczywistości jest tzw. chiński szok 2.0. Jak wskazują analizy Ośrodka Studiów Wschodnich oraz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, Państwo Środka przestało być jedynie dostawcą tanich zabawek i odzieży. Agresywnie inwestuje w zaawansowany przemysł, motoryzację, sektor bateryjny i hutnictwo. W skali całej Unii Europejskiej z przemysłu do Chin bezpowrotnie odpłynęło aż 87 miliardów euro wartości dodanej, z czego straty polskiej gospodarki oszacowano na 11,4 miliarda euro. Zagrożonych w naszym kraju jest około 45 tysięcy miejsc pracy w kluczowych gałęziach produkcyjnych. Świat bez zachodniego monopolu oznacza więc dla polskiego przemysłu brutalną walkę z subsydiowaną konkurencją ze Wschodu, która nie gra według reguł wolnorynkowych.
Zamiast narzekać na zmieniający się układ sił, warto spojrzeć na to, gdzie polski biznes radzi sobie najlepiej. Nasza siła tkwi w elastyczności. Kiedy łańcuchy dostaw z Azji były zrywane, Polska stawała się naturalnym zapleczem logistycznym i produkcyjnym dla Europy Środkowej. Z drugiej strony, jak zauważają eksperci w raportach takich jak Global Business Complexity Index, polski system regulacyjny wciąż przypomina labirynt. Zajmowanie 19. miejsca na świecie pod względem złożoności przepisów biznesowych to dla naszych firm ukryty podatek. W świecie, w którym decyduje szybkość reakcji na kryzysy geopolityczne, biurokracja staje się największym hamulcem.
Świat bez dominacji Zachodu zmusza nas do porzucenia dawnych złudzeń. Nie wystarczy już tylko czekać, aż dogonimy najbogatszych, powielając ich ścieżki rozwoju. Konieczna jest zmiana nastawienia z gospodarki podwykonawców na gospodarkę technologiczną. Dopóki polskie firmy będą konkurować głównie kosztami, dopóty każda zmiana w globalnym handlu będzie nas boleć podwójnie. Najwyższy czas przestać być jedynie pasywnym obserwatorem wielkiej polityki handlowej, a zacząć budować odporność opartą na własnym kapitałowym zapleczu i nowoczesnych innowacjach.

