Najbogatsze kraje świata – dlaczego wysokie PKB nie zawsze oznacza bogatych obywateli?

Najbogatsze kraje świata – dlaczego wysokie PKB nie zawsze oznacza bogatych obywateli?

Włączasz wiadomości albo czytasz portal finansowy i widzisz kolejne zestawienie. PKB na mieszkańca w danym kraju rośnie, a nagłówki pieją z zachwytu nad potęgą gospodarki. Słyszysz, że to jeden z najbogatszych zakątków globu. Wtedy zerkasz na własne konto albo rozmawiasz z sąsiadem i czujesz, że teoria mocno rozjeżdża się z praktyką. Jak to możliwe, że państwo pływa w setkach miliardów dolarów, a przeciętny obywatel wcale nie czuje tego w codziennym życiu?

Odpowiedź tkwi w tym, czym właściwie jest produkt krajowy brutto w skrócie PKB. To miara całkowitej wartości dóbr i usług wyprodukowanych w granicach danego państwa w określonym czasie, najczęściej w ciągu roku. Kluczowe jest tu słowo w granicach. PKB mierzy bowiem aktywność ekonomiczną na danym terytorium, a nie to, ile pieniędzy faktycznie zostaje w kieszeniach ludzi, którzy tam mieszkają. To trochę tak, jakby oceniać zamożność rodziny na podstawie utargu w sklepie prowadzonym przez ojca, zapominając, że większość zysku idzie na spłatę długów hurtowni i czynsz, a domownicy jedzą suchy chleb.

Reklama

Doskonałym przykładem tego mechanizmu są kraje o rozwiniętym sektorze międzynarodowych korporacji, takie jak Irlandia czy Luksemburg. W oficjalnych rankingach Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy Banku Światowego te państwa regularnie zajmują czołowe miejsca pod względem PKB na mieszkańca. Kiedy jednak analitycy zerkają na dochód narodowy brutto w skrócie GNI, który mierzy zarobki faktycznych mieszkańców i firm danego kraju, statystyki potrafią drastycznie spadki. W Irlandii wielkie koncerny technologiczne i farmaceutyczne rejestrują swoje zyski, co winduje krajowe PKB w kosmos. Część tych pieniędzy to jednak transfery księgowe, które nigdy nie trafiają do portfela przeciętnego Kowalskiego z Dublina, mierzącego się z drożyzną na rynku mieszkaniowym.

Kolejnym potężnym graczem w tej grze są państwa surowcowe. Wyobraź sobie gospodarkę opartą na potężnych złożach ropy naftowej czy gazu ziemnego. Kraj eksportuje surowce za miliardy dolarów, co winduje wskaźniki makroekonomiczne na sam szczyt. Tyle że te zyski często trafiają do bardzo wąskiej grupy ludzi – właścicieli kapitału, państwowych funduszy albo międzynarodowych gigantów wydobywczych. Zwykły obywatel pracuje w sektorze usług, zarabia krajową średnią, a wysokie ceny w sklepach skutecznie pochłaniają jego pensję. Statystycznie jest bogaczem, bo średnia arytmetyczna wyciągnięta z zarobków milionera i bezrobotnego wygląda świetnie, ale w praktyce żyje od pierwszego do pierwszego.

Warto też spojrzeć na kwestię nierówności dochodowych. PKB nie ma pojęcia o tym, jak dzielony jest tort. Możesz mieć kraj, w którym gospodarka rośnie o 5% rocznie, ale niemal cały ten wzrost zasila konta najbogatszego jednego procenta społeczeństwa. Mediana zarobków, czyli punkt, w którym dokładnie połowa ludzi zarabia mniej, a połowa więcej, często daje znacznie trzeźwiejszy obraz sytuacji niż uwielbiane przez polityków PKB. Kiedy mediana drastycznie odstaje od średniej, mamy jasny sygnał, że bogactwo kraju jest nierówno rozdzielone.

Reklama

Nie bez znaczenia pozostają koszty życia. Kraj z wielkim PKB może oferować gigantyczne zarobki nominalne, ale jeśli ceny nieruchomości, opieki zdrowotnej czy edukacji pochłaniają większość tych środków, siła nabywcza obywatela drastycznie spada. Dlatego ekonomiczni analitycy wolą patrzeć na wskaźniki skorygowane o siłę nabywczą w skrócie PPP, które biorą pod uwagę realną lokalną inflację i koszt koszyka zakupowego. Dopiero zestawienie tych danych pokazuje, że potęga gospodarcza na papierze wcale nie oznacza dostatniego i spokojnego życia przeciętnego obywatela.

KATEGORIE
TAGI
Udostępnij to

Komentarze

Wordpress (0)
Disqus ( )