
Puste kilometry które kosztują transport miliardy
Gdy wielka ciężarówka z naczepą mknie autostradą, na pierwszy rzut oka wszystko wygląda tak, jak powinno – koła się krzątają, biznes żyje, towary jadą do klientów. Rzeczywistość bywa jednak mniej kolorowa. Według oficjalnych danych statystycznych, mniej więcej co piąty przejazd samochodu ciężarowego w Unii Europejskiej odbywa się bez żadnego ładunku. W ruchu krajowym ten wskaźnik bywa jeszcze wyższy i potrafi oscylować wokół **25-30%**. W branży transportowej nazywa się to po prostu pustymi przebiegami.
Dla zwykłego kierowcy osobówki to tylko kolejny duży pojazd na drodze. Dla firmy transportowej i całej gospodarki to jednak gigantyczny drenaż pieniędzy. Paliwo, opłaty drogowe, amortyzacja sprzętu, ogumienie oraz oczywiście pensja kierowcy lecą w rachubę kosztów, podczas gdy licznik kilometrów bije, nie przynosząc ani grosza przychodu. Skala tego zjawiska generuje w skali roku miliardowe straty, a koszty te ostatecznie i tak lądują na półkach sklepowych, obciążając portfele nas wszystkich.
Skąd się biorą te puste kilometry?
Przyczyny są proste, choć logistycznie cholernie trudne do wyeliminowania. Głównym winowajcą jest brak równowagi w handlu. Gospodarka nie działa tak, że z każdego punktu A do punktu B wyjeżdża dokładnie tyle samo ton towarów, ile wraca z B do A. Regiony silnie uprzemysłowione albo duże porty morskie przyjmują masę kontenerów i ładunków, ale często nie mają w zamian aż takiego potencjału eksportowego. Ciężarówka przywozi towar, zostawia go na rampie i nagle okazuje się, że w okolicy nie ma absolutnie nic do zabrania w drogę powrotną.
Przewoźnik staje wtedy przed trudnym wyborem. Może czekać na zlecenie na miejscu, marnując czas i płacąc za postój, albo podjąć decyzję o powrocie „na pusto” do bazy lub do innego regionu, gdzie stawki za fracht są wyższe. Czasami kosztowna jazda bez ładunku jest po prostu mniejszym złem niż wielogodzinne lub dniowe czekanie na jakikolwiek fracht. Swoje do pieca dokładają też przepisy oraz specyfika niektórych branż – na przykład w budownictwie czy dystrybucji żywności nietrwałej specyfika kursów w jedną stronę jest wpisana w codzienną specyfikę pracy.
Statystyki nie kłamią – jak wypada Polska?
Polska jest potęgą transportową na mapie Europy – nasze firmy odpowiadają za blisko jedną piątą wszystkich przewozów drogowych w Unii Europejskiej. Na tym tle polscy przewoźnicy radzą sobie ze zjawiskiem pustych kilometrów stosunkowo sprawnie, zwłaszcza w segmencie międzynarodowym. Z danych Eurostatu wynika, że w transporcie międzynarodowym wskaźnik pustych przebiegów dla pojazdów zarejestrowanych w Polsce utrzymuje się na niższym poziomie niż średnia unijna, wynosząc około **12-13%**.
Inaczej wygląda to w transporcie krajowym. Tutaj statystyki GUS i analizy rynkowe pokazują, że odsetek tras pokonywanych bez ładunku wewnątrz kraju bywa zauważalnie wyższy i może sięgać nawet ponad **30%** w niektórych zestawieniach. Wynika to z krótszych dystansów i specyfiki rodzimego rynku, gdzie szybkie znalezienie alternatywnego frachtu na prowincji bywa logistyczną łamigłówką.
Czy da się z tym w ogóle wygrać?
Całkowite wyzerowanie liczby pustych kilometrów w transporcie drogowym przypomina szukanie Perpetuum Mobile – w praktyce jest to niemal niemożliwe ze względu na zmienność rynku. Niemniej jednak branża technologiczna i same firmy logistyczne dwoją się i troją, aby ten odskaźnik maksymalnie zbliżyć do dolnych granic.
Kluczem do optymalizacji stają się zaawansowane algorytmy planowania tras oraz giełdy transportowe, które pozwalają niemal w czasie rzeczywistym dopasowywać wolne przestrzenie ładunkowe do szukających przewoźnika firm. Tam, gdzie kiedyś decydował czysty refleks i telefon do znajmieni spedycji, dziś rządzą systemy cyfrowe analizujące tysiące danych o pozycjach GPS, godzinach pracy kierowców i zapotrzebowaniu rynkowym. Bo na koniec dnia w biznesie transportowym wygrywa ten, czyja ciężarówka zarabia również wtedy, gdy wraca z dalekiej trasy.

