
Jeden dzień bez zakupów i rachunek dla gospodarki
Gdy w 1992 roku kanadyjski artysta Ted Dave zaproponował pierwszy Buy Nothing Day, czyli Dzień bez Zakupów, chodziło głównie o sprzeciw wobec wszechobecnego konsumpcjonizmu. Z biegiem lat akcja ta przeniosła się do Europy, gdzie przypada zazwyczaj w ostatnią sobotę listopada, tuż po amerykańskim Black Friday. Dzisiaj jednak, patrząc na ten eksperyment przez pryzmat czystej ekonomii, warto zadać proste pytanie: co stałoby się z gospodarką, gdyby wszyscy mieszkańcy Polski nagle zatrzymali się i przez równe dwadzieścia cztery godziny nie wydali w sklepach ani jednej złotówki?
Na pierwszy rzut oka wizja jednego dnia absolutnego bojkotu kas fiskalnych brzmi jak koszmar każdego przedsiębiorcy. Handel detaliczny generuje potężną część krajowego Produktu Krajowego Brutto. Statystyczny Polak codziennie zostawia w sklepach stacjonarnych, galeriach handlowych oraz na platformach internetowych miliony złotych. Gdyby te strumienie pieniędzy nagle zamarły, ucierpiałby cały łańcuch dostaw. Przewoźnicy, magazyniery, producenci żywności oraz odzieży odnotowaliby nagłe tąpnięcie w dziennych obrotach.
Czy gospodarka może zbankrutować przez jeden wolny od wydań dzień?
Odpowiedź brzmi: oczywiście, że nie. Ekonomiści są zgodni, że jednorazowa, 24-godzinna przerwa w konsumpcji nie oznacza trwałej utraty tych środków dla całego systemu. W świecie finansów działa mechanizm, który specjaliści od makroekonomii nazywają popytem odroczonym. Oznacza to w praktyce, że buty, które miałeś kupić w ten konkretny dzień, prawdopodobnie kupisz trzy dni później. Podobnie jest z artykułami spożywczymi. Chleba czy masła nie kupujemy na zapas w nieskończoność, ale podstawowe zakupy codzienne konsumenci po prostu przesuwają w czasie – robią je wcześniej lub nadrabiają zaległości tuż po zakończeniu akcji.
Jedynym sektorem, który faktycznie odczułby realne, trudne do odrobienia straty, byłyby usługi czasu wolnego o charakterze natychmiastowym. Mowa o kinach, kawiarniach, restauracjach czy stacjach benzynowych. Jeśli ktoś w sobotę rezygnuje z wyjścia na kawę na mieście, to w niedzielę raczej nie wypije dwóch kaw naraz, żeby nadrobić zaległości. Podobnie przepada utarg biletów kinowych na dany seans, jeśli sala pozostanie pusta.
Gdzie szukać ukrytych zysków?
Co ciekawe, spojrzenie na jeden dzień bez zakupów wyłącznie przez pryzmat strat w handlu to spore uproszczenie. Z punktu widzenia domowych budżetów taka inicjatywa przynosi wymierne korzyści. Z danych Biura Informacji Gospodarczej czy raportów konsumenckich wynika, że Polacy coraz częściej ulegają impulsywnym zakupom, nabywając towary, które nie są im do niczego potrzebne. Zatrzymanie tej machiny choćby na dobę pozwala zaoszczędzić gotówkę, którą można przeznaczyć na spłatę drogich zobowiązań finansowych lub zasilić fundusz awaryjny.
Z punktu widzenia makroekonomicznego mniejsze wydatki na towary konsumpcyjne oznaczają często wyższe oszczędności gospodarstw domowych w sektorze bankowym. Kapitał ten nie znika z rynku, lecz trafia na lokaty lub konta oszczędnościowe, dając bankom stabilniejszą bazę dofinansowania dla krajowych inwestycji. Ponadto jednodniowy spadek obrotów w handlu generuje mniejsze zużycie energii w placówkach handlowych, mniejszą produkcję odpadów opakowaniowych oraz chwilowy oddech dla logistyki miejskiej.
Podsumowując ten rachunek, jednodniowy post od kupowania nie wywoła trzęsienia ziemi w narodowym budżecie ani nie zepchnie kraju w recesję. To raczej symboliczny poligon doświadczalny, który pokazuje, jak bardzo nasze codzienne nawyki napędzają koło zamachowe handlu i jak łatwo możemy odzyskać kontrolę nad własnym portfelem, nie robiąc gospodarczego krzywdy nikomu poza statystykami chwilowej dynamiki sprzedaży.

