
Najdroższy dzień pracy w firmie
Gdy szukamy momentu, w którym firmowa kasa ucieka najszybciej, wcale nie musimy zerkać na biurowe rachunki za prąd czy drogie subskrypcje oprogramowania. Z badań prowadzonych przez naukowców nad efektywnością kadr wynika coś zupełnie innego. Choć powszechnie obwiniamy leniwe poniedziałki za powolny start w nowy tydzień, twarde dane komputerowe pokazują zupełnie inną rzeczywistość. Szczyt bezproduktywności oraz moment, w którym praca kosztuje pracodawców najwięcej w przeliczeniu na realne efekty, przypada na zupełnie inny moment.
Przez lata menedżerowie żyli w przekonaniu, że osiem godzin przy biurku to stała, niezmienna wartość. Tymczasem analizy zachowań pracowników biurowych, takie jak dwuletnie badania zespołu z Texas A&M University obejmujące setki zatrudnionych, obalają te mity za pomocą obiektywnych wskaźników. Zamiast polegać na subiektywnych ocenach przełożonych, naukowcy przyjrzeli się aktywności myszy, liczbie błędów oraz prędkości pisania na klawiaturze. Wnioski? Wydajność rośnie od poniedziałku do środy, by gwałtownie zanurkować pod koniec tygodnia.
Kiedy zaczyna się finansowy zator w firmie?
Czwartek przynosi pierwsze wyraźne oznaki zmęczenia materiału, ale to piątkowe popołudnie staje się prawdziwą czarną dziurą dla firmowej produktywności. W tym czasie pracownicy drastycznie ograniczają liczbę uderzeń w klawisze, a liczba popełnianych przez nich pomyłek rośnie. Pieniądze wypłacane za ten czas lecą w błoto, bo fizyczna obecność w biurze lub przed ekranem komputera nie ma już nic wspólnego z realną dowożoną wartością. Czas pracy rozlewa się przez to na godziny, w których efektywność szoruje po dnie.
Co ciekawe, problem ten dotyka również sfery psychicznej, co doskonale widać chociażby w okresach takich jak styczeń, potocznie kojarzony ze spadkami energii i motywacji połączonymi z powrotem do sztywnego rytmu po przerwie świątecznej. Jak pokazują statystyki rynku pracy, tradycyjny osiemnastogodzinny schemat wcale nie jest w pełni produktywny. Z badań portalu rynekpracy.pl wynika, że zaledwie 29% Polaków potrafi utrzymać pełną efektywność przez osiem godzin i więcej. Reszta traci cenne godziny na rozpraszacze, wewnętrzne spotkania bez agendy czy bezowocne przeglądanie internetu.
Dlaczego płacimy za czas, a nie za efekty?
Tradycyjne podejście do organizacji pracy opiera się na prostym modelu wymiany czasu na pieniądze. Skoro jednak statystyki pokazują, że realne skupienie trwa zaledwie ułamek dnia, to utrzymywanie sztucznych ram generuje gigantyczne koszty ukryte. Firmy płacą pełne stawki za dni i godziny, w których pracownicy najchętniej myślą już o nadchodzącym weekendzie.
Nic dziwnego, że coraz więcej organizacji na świecie i w Polsce testuje alternatywne modele, takie jak czterodniowy tydzień pracy czy elastyczne rozliczanie zadań. Pilotaże przeprowadzane m.in. w Wielkiej Brytanii czy Islandii udowodniły, że skrócenie czasu pracy wcale nie oznacza spadku przychodów. Wręcz przeciwnie – zredukowanie liczby godzin spędzanych bezproduktywnie na rzecz pełnego skupienia pozwala firmom wyeliminować ten najdroższy, bo opłacony za nic dzień z kalendarza.

