
Dlaczego złoty raz jest mocny, a raz słaby — i kto na tym zarabia?
Wystarczy spojrzeć na tablice w kantorach albo na wykresy par walutowych w aplikacji bankowej, żeby zauważyć proprostą rzecz: polski złoty potrafi w krótkim czasie zafundować gospodarczy rollercoaster. Raz zyskuje na wartości do poziomu, że zagraniczne wakacje tanieją w oczach, a innym razem traci tak dynamicznie, że każde tankowanie samochodu czy zakup elektroniki z importu boleśnie uderzają po kieszeni. O co w tym wszystkim chodzi i dlaczego tak się dzieje?
Cena naszej waluty nie bierze się znikąd. Stoi za nią cała machina powiązań makroekonomicznych, w której kluczową rolę odgrywają stopy procentowe ustalane przez Narodowy Bank Polski, poziom inflacji oraz globalne nastroje rynkowe. Kiedy stopa procentowa w Polsce jest relatywnie wysoka w porównaniu do innych krajów, zagraniczny kapitał chętnie napływa do naszych obligacji, co naturalnie wzmacnia złotego. Z kolei gdy rynki ogarnia niepokój geopolityczny albo inwestorzy masowo uciekają do tak zwanych bezpiecznych przystani, takich jak dolar czy frank szwajcarski, oberwać musi także polska waluta.
Kto zaciera ręce, gdy złoty jest mocny?
Silny złoty brzmi dumnie. Oznacza przecież, że nasza waluta ma siłę nabywczą i teoretycznie jesteśmy bogatsi w relacji do świata. Kto na tym realnie korzysta?
Przede wszystkim konsumenci kupujący towary z importu oraz fani zagranicznych wojaży. Jeśli elektronika, ubrania czy części samochodowe przypłynęły z Azji lub Europy Zachodniej, ich cena w złotówkach przy mocnej rodzimej walucie potrafi być korzystniejsza. Zadowoleni są również importerzy, którzy sprowadzają surowce i półprodukty z zagranicy, bo płacą za nie mniej własnej gotówki. Mocny złoty to także ulga dla osób, które spłacają zobowiązania lub zadłużenie denominowane w obcych walutach – choć w erze dominacji kredytów złotówkowych ten problem dotyka dziś węższej grupy osób niż kilkanaście lat temu.
Słaby złoty: klątwa dla Kowalskiego, raj dla eksportu
Medal ma jednak drugą stronę. Kiedy złoty słabnie, narracja natychmiast się zmienia. Paliwo na stacjach drożeje, ponieważ ropa naftowa na światowych rynkach rozliczana jest w twardej walucie – głównie w dolarach. Drożeje też zagraniczna żywność, leki czy sprzęt technologiczny.
Kto jednak na tym zarabia? Polscy eksporteri. Wielkie fabryki, producenci mebli, firm przetwórczych czy rolnicy sprzedający towary do Niemiec, krajów skandynawskich czy poza Europę, rozliczają swoje transakcje w euro lub dolarach. Gdy te waluty są drogie w przeliczeniu na złotówki, krajowy przedsiębiorca otrzymuje za swój produkt więcej rodzimej gotówki, co poprawia jego marże i konkurencyjność cenową na rynkach międzynarodowych. Oczywiście, jak wskazują analizy rynkowe, ten mechanizm bywa ograniczany przez fakt, że część dużych firm zabezpiecza kursy walutowe z wyprzedzeniem, jednak makroekonomiczny zysk słabszego pieniądza dla krajowego przemysłu pozostaje faktem.
Kto jeszcze czerpie zyski z zamieszania na walutach?
Poza tradycyjnym biznesem eksportowym czy importowym istnieje sektor, który żyje wyłącznie z samej zmienności. Mowa o instytucjach finansowych, bankach komercyjnych oraz graczach działających na rynku Forex. Dla nich stabilny kurs to brak zarobku. Prawdziwe żniwa odbywają się wtedy, gdy na rynkach dochodzi do mocnych wahań, skoków i nagłych korekt. Spread walutowy, czyli różnica między ceną kupna a sprzedaży, oraz usługi zabezpieczania ryzyka walutowego (hedgingu) oferowane firmom generują w takich okresach potężne obroty i prowizje dla sektora bankowego.
Gra o wartość złotego przypomina więc system naczyń połączonych. Nie ma uniwersalnie dobrego ani złego kursu – każda zmiana oznacza, że w tym samym momencie jedna grupa uczestników gospodarki zyskuje, podczas gdy druga musi zacisnąć pasa.

