
Samolot pełen pasażerów nie zawsze zarabia
Patrzysz na tablicę odlotów, widzysz status: komplet pasażerów, a w głowie od razu pojawia się prosta kalkulacja. Skoro wszystkie fotele są zajęte, a bilet kosztował swoje, linia lotnicza musi zarabiać krocie na tym konkretnym rejsie. Matematyka wydaje się banalna. Wystarczy pomnożyć liczbę miejsc przez średnią cenę i odjąć w pamięci koszt paliwa. Tylko że w aviation, czyli wielkim biznesie lotniczym, taka logika bardzo szybko prowadzi na manowce.
Wbrew potocznym wyobrażeniom, samolot pełny od burty do burty wcale nie gwarantuje zysku. Czasami bywa wręcz odwrotnie – przewoźnik może dopłacać do interesu mimo faktu, że na pokładzie nie ma ani jednego wolnego siedzenia. Jak to możliwe w realiach współczesnej gospodarki?
Magiczna granica, czyli próg rentowności
Każdy rejs samolotu rejsowego ma swój współczynnik break-even load factor, czyli wskaźnik zapewnienia progu rentowności. To moment, w którym przychody ze sprzedaży pokrywają absolutnie wszystkie koszty operacyjne danej trasy. Problem polega na tym, że te koszty są ruchome i potrafią drastycznie wzrosnąć z godziny na godzinę.
Gdy cena paliwa lotniczego idzie w górę, rosną opłaty za obsługę naziemną na lotniskach, a koszty leasingu maszyn szybują, próg rentowności przesuwa się w prawo. Może się okazać, że przy obecnych strukturach kosztów, aby dany lot wyszedł na zero, samolot musiałby być wypełniony w 105 procentach. Ponieważ prawa fizyki na to nie pozwalają, matematyka staje się bezlitosna. Lot z 90 procentami pasażerów na pokładzie, który wydaje się wielkim sukcesem komercyjnym, w tabelach finansowych księgowych świeci się na czerwono.
Promocje, które zjadają marżę
Kolejny haczyk tkwi w strukturze cenowej biletów. Współczesne systemy rezerwacyjne działają w oparciu o algorytmy dynamiczne. Oznacza to, że pasażerowie siedzący w tym samym rzędzie płacili za swoje miejsca zupełnie inne kwoty.
Osoba, która kupiła bilet na ostatnią chwilę, zapłaciła słono. Ale cztery osoby siedzące przed nią mogły upolować wejściówki w szalonej promocji za kilkadziesiąt złotych. Jeśli linia lotnicza wyprzedała całą pulę biletów po cenach promocyjnych, które nie pokrywają realnego kosztu przypadającego na jedno siedzenie, to im więcej pasażerów wejdzie na pokład, tym większą stratę wygeneruje ten konkretny rejs. Pełny samolot staje się wtedy po prostu maszyną do szybkiego przepalania gotówki.
Gdzie uciekają pieniądze?
Ekonomiści zajmujący się transportem często przypominają, że marże w branży lotniczej są niezwykle cienkie. Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) wielokrotnie wskazywało, że czyste zyski linii w przeliczeniu na jednego pasażera to często kwestia kilku lub kilkunastu dolarów. Z biletu wartego kilkaset złotych do kieszeni przewoźnika po opłaceniu podatków, systemu rezerwacji, załogi, opłat nawigacyjnych i technicznych zostają marginalne kwoty.
Do tego dochodzi specyfika ładunków pod pokładem. Często kluczem do rentowności danej trasy nie są wcale pasażerowie, ale przestrzeń cargo. Jak podają eksperti branżowi, średnio 10 do 20 procent przychodów na rejsie może pochodzić z przewozu paczek, towarów czy leków w luku bagażowym. Jeśli na danej trasie brakuje towarów, a popyt na cargo jest niski, samolot wypełniony ludźmi może nie domknąć swojego budżetu.
Biznes lotniczy przypomina skomplikowaną układankę finansową, w której pełne kabiny to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Zamiast patrzeć na tłum w terminalu, menedżerowie w centralach linii liczą każdy gram spalonego paliwa i każdą sekundę postoju maszyny na płycie lotniska.

