Dlaczego niektóre gminy mają pieniądze, a inne permanentnie ich nie mają?

Wystarczy przejechać kilkanaście kilometrów, żeby zobaczyć Polskę w zupełnie dwóch różnych realiach budżetowych. W jednej gminie nowiutkie asfalty, podgrzewane boisko przy szkole, nowoczesne autobusy elektryczne i żłobek, w którym brakuje tylko złotych klamek. W sąsiedniej, oddalonej o przysłowiowy rzut beretem, wójt łata dziury w drogach destruktorem asfaltowym, a o jakichkolwiek inwestycjach mieszkańcy mogą co najwyżej pomarzyć, bo w kasie świeci pustkami, a środki starczają głównie na opłacenie rosnących rachunków za prąd w urzędzie.

Skąd się biorą te przepaści? Dlaczego jedne samorządy pływają w pieniądzach, a inne permanentnie liczą każdą złotówkę, balansując na granicy lokalnej zapaści? Odpowiedź wcale nie tkwi wyłącznie w obrotności lokalnych władz, choć ta oczywiście ma znaczenie. Głównym paliwem finansowym gmin jest twarda ekonomia, geografia oraz przepisy, które od lat faworyzują silnych kosztem słabych.

Reklama

Geografia decyduje o wszystkim. Kto ma fabryki, ten ma głos

Spójrzmy na mapę najbogatszych gmin w Polsce. Od lat na czele rankingów publikowanych m.in. przez pismo samorządowe „Wspólnota” plasują się te same miejsca. Kleszczów, Rząśnia, Nadarzyn czy Polkowice. Czy wójtowie tych gmin posiadają jakieś tajemnicze zaklęcia na pomnażanie bogactwa? Nie. Mają za to coś znacznie cenniejszego, czyli wielki przemysł.

W Kleszczowie potężne wpływy do budżetu generuje Elektrownia Bełchatów i kopalnia węgla brunatnego. Polkowice żyją z przemysłu miedziowego, a Nadarzyn zawdzięcza miliony gigantycznemu centrum targowemu oraz firmom, które ulokowały tam swoje magazyny przy trasie katowickiej. Podatki od nieruchomości od wielkich zakładów przemysłowych czy kopalń to dla gminy samorządowy złoty róg. Podatek od nieruchomości, CIT i udziały w podatkach dochodowych od firm płyną szerokim strumieniem, podczas gdy w gminach rolniczych, zwłaszcza na tzw. ścianie wschodniej, dominują słabe gleby, małe gospodarstwa i brak dużych przedsiębiorstw.

Przekłada się to na gigantyczne różnicy w liczbach. Jak wskazują analizy ekonomiczne, dochody najbogatszych samorządów w przeliczeniu na mieszkańca potrafią być kilkanaście razy wyższe niż w gminach najuboższych. W praktyce oznacza to, że bogata gmina może pozwolić sobie na hojne dopłaty do zajęć dla dzieci czy nowoczesną infrastrukturę, podczas gdy biedniejsza jednostka staje przed dramatycznym wyborem: czy zamknąć szkołę wiejską, czy zrezygnować z odśnieżania dróg bocznych.

Reklama

Demografia, czyli tykająca bomba w mniejszych miejscowościach

Sytuację uboższych samorządów pogarsza potężny trend demograficzny. Z opublikowanego raportu Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) pt. „Demografia a przyszłość finansów samorządów lokalnych w Polsce” wynika jasny i bezwzględny wniosek: Polska wchodzi w epokę kurczących się gmin. Zgodnie z prognozami, do 2060 roku populacja kraju skurczy się o kilka milionów osób, a w blisko połowie polskich gmin liczba mieszkańców spadnie poniżej 5 tysięcy.

Małe, rolnicze lub oddalone od dużych aglomeracji gminy wyludniają się najszybciej, bo młodzi ludzie wyjeżdżają do miast wojewódzkich w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Zostają starsi mieszkańcy. Co to oznacza dla budżetu? Koszty stałe utrzymania lokalnej infrastruktury, szkół czy dowozu dzieci nie spadają proporcjonalnie do ubywających obywateli. Szkoły trzeba ogrzać, drogi odśnieżyć, a system pomocy społecznej utrzymać dla rosnącej liczby seniorów. Mniej mieszkańców to automatycznie mniej rąk do pracy, niższe wpływy z PIT i coraz większa dziura w budżecie.

Nowy system finansowania i nadzieja na oddech

Przez lata system finansowania samorządów był obiektem ostrych sporów politycznych. Wprowadzony za rządów Zjednoczonej Prawicy tzw. Polski Ład mocno uderzył w finanse lokalne poprzez podniesienie kwoty wolnej od podatku w PIT i obniżenie stawek, co drastycznie uszczupliło dochody z tego tytułu. Rząd ratował wówczas samorządy za pomocą uznaniowych dotacji, co krytykowano za nierównomierne i upolitycznione rozdysponowywanie środków.

Od 2025 roku zaczął funkcjonować zupełnie nowy system finansowania jednostek samorządu terytorialnego, oparty na ustawie z października 2024 roku. Zgodnie z nowymi przepisami, dochody gmin z tytułu PIT i CIT nie są już ślepym odbiciem ogólnokrajowych rozliczeń podatkowych, lecz zależą od rzeczywistego potencjału dochodowego mieszkańców danego terenu. Jak wskazują wstępne raporty m.in. Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, zmiany te w dużej mierze ustabilizowały sytuację budżetową i dały samorządom większą przewidywalność. Nie rozwiązały one jednak fundamentalnego problemu: strukturalnych różnic w bazie podatkowej.

Gmina, która nie ma na swoim terenie dużego biznesu ani zamożnych rezydentów płacących wysokie podatki dochodowe, po prostu nie ma skąd wygenerować nadwyżki inwestycyjnej. Przepisy mogą zmienić algorytm podziału, ale nie wyczarują fabryk w powiecie, gdzie jedynym pracodawcą jest urząd gminy i lokalny market.

Przepaść finansowa między polskimi gminami szybko więc nie zniknie. Bogaci bogacą się na rentzie położenia i obecności wielkiego kapitału, a biedni zmagają się z odpływem młodych ludzi i rosnącymi kosztami starzejącego się społeczeństwa. Bez głębszych mechanizmów solidarnościowych i mądrej polityki przestrzennej państwa, lokalna mapa Polski pozostanie podzielona na świat luksusu i strefę stałego przetrwania.

KATEGORIE
TAGI
Udostępnij to

Komentarze

Wordpress (0)
Disqus (0 )