
Jedno miejsce parkingowe może być warte więcej niż samochód
Jeszcze kilkanaście lat temu kupując mieszkanie, mało kto traktował miejsce postojowe jako coś więcej niż uciążliwy dodatek, który deweloper próbował wcisnąć na siłę pod koniec rozmowy. Zdarzało się, że deweloperzy dorzucali je gratis, byle tylko zamknąć sprzedaż całego budynku. Dziś sytuacja obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Kawałek betonowej posadzki w podziemnej hali albo wymalowana farbą koperta przed blokiem stały się jednym z najbardziej pożądanych i najszybciej drożejących aktywów na polskim rynku nieruchomości. Dochodzi do sytuacji, w których za prawo do zostawienia swojego auta w suchym miejscu trzeba zapłacić więcej, niż jest wart sam pojazd.
Z danych rynkowych wynika, że średnia cena miejsca w garażu podziemnym w dużych miastach oscyluje wokół 53 300 zł. Dla wielu osób to kwota, za którą można bez trudu kupić w pełni sprawny, używany samochód rodzinny lub nawet całkiem przyzwoite auto miejskie. Co więcej, mówimy tu dopiero o średniej krajowej dla metropolii. W prestiżowych lokalizacjach czy w dużych aglomeracjach te stawki szybują w zupełnie inne rejony. Na warszawskim czy krakowskim rynku nieruchomości w nowoczesnych apartamentowcach ceny pojedynczych stanowisk postojowych regularnie osiągają poziom 90 000 zł, 120 000 zł, a w skrajnych przypadkach dochodzą nawet do 200 000 – 230 000 zł. Kiedy za kawałek przestrzeni o powierzchni dwunastu metrów kwadratowych płaci się tyle, ile kiedyś kosztowała mała kawalerka, przestajemy mówić o motoryzacji, a zaczynamy o czystej ekonomii.
Skąd wziął się ten rynkowy fenomen? Odpowiedź kryje się w prostej matematyce i zmianach społecznych. Według danych Eurostatu w Polsce przypada już ponad 600 samochodów na 1000 mieszkańców, co daje nam czołowe miejsce w Unii Europejskiej pod względem nasycenia autami. Na jedną rodzinę coraz częściej przypagają dwa, a czasem nawet trzy pojazdy. Tymczasem nowo budowane osiedla, dławione przez przepisy urbanistyczne i wysokie ceny gruntów, oferują coraz mniej przestrzeni. Dodatkowo samorządy w miastach konsekwentnie poszerzają strefy płatnego parkowania i likwidują ogólnodostępne miejsca przy ulicach, zmuszając kierowców do szukania alternatyw na własną rękę.
Warto też spojrzeć na to zjawisko z perspektywy stopy zwrotu, bo dla wielu osób miejsce postojowe przestało być miejscem na samochód, a stało się maszyną do zarabiania pieniędzy. Kupując miejsce w cenie około 60 000 zł, można je bez trudu wynająć w dużej aglomeracji za kwotę rzędu 300 do 600 zł miesięcznie. Daje to czystą stopę zwrotu z najmu na poziomie 5 do 7 procent w skali roku. W dobie niestabilnych rynków finansowych taka inwestycja bywa bezpieczniejsza i mniej kłopotliwa niż wynajem mieszkania. Odpada problem zniszczonych ścian, wymiany AGD czy lokatorów, którzy zapominają płacić czynsz. Samochód nie narzeka na przeciekający sufit, a beton nie wymaga remontu.
Nie każde miejsce postojowe rodzi się jednak takie samo. Rynek dzieli się na naziemne koperty, miejsca w halach garażowych oraz samodzielne, murowane garaże wolnostojące. Te ostatnie to absolutna rynkowa arystokracja. O ile miejsce naziemne można kupić na obrzeżach już za kilkanaście tysięcy złotych, o tyle solidny, murowany garaż w mieście wojewódzkim potrafi kosztować ponad 100 000 zł, a jego utrzymanie obwarowane jest minimalnymi kosztami podatkowymi i administracyjnymi. Co ciekawe, od 2025 roku właściciele garaży w budynkach mieszkalnych płacą znacznie niższy podatek od nieruchomości, rozliczany według stawki mieszkalnej, co dodatkowo podnosi opłacalność posiadania takiego aktywa.
Kupując dziś mieszkanie, warto zatem dobrze przeliczyć nie tylko cenę za metr kwadratowy samego lokalu, ale też warunki zakupu zaplecza parkingowego. Często okazuje się, że to właśnie brak własnego miejsca postojowego przesądza o tym, czy mieszkanie da się w przyszłości łatwo sprzedać lub wynająć. Kierowcy w Polsce stali się bezkompromisowi i w ogłoszeniach coraz częściej stawiają warunek: bez bezpiecznej przestrzeni dla auta transakcja w ogóle nie wchodzi w grę.

