
Dlaczego firmy narzekają na brak pracowników, mimo że bezrobocie istnieje?
Gdy zerka się w najnowsze statystyki Głównego Urzędu Statystycznego, łatwo wejść w stan poznawczego zgrzytu. Z jednej strony dowiadujemy się, że stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wynosi 5,8 proc., a w urzędach pracy zarejestrowanych jest 906,4 tys. osób. Z drugiej strony, wystarczy porozmawiać z dowolnym przedsiębiorcą z branży budowlanej, logistycznej, produkcyjnej czy IT, żeby usłyszeć ten sam refren: "nie ma ludzi do pracy". Jak to możliwe, że setki tysięcy ludzi szukają zatrudnienia, a firmy jednocześnie boleśnie odczuwają braki kadrowe? Odpowiedź wcale nie tkwi w lenistwie jednej strony czy zachłanności drugiej. To skomplikowany splot mechanizmów strukturalnych, geograficznych i kompetencyjnych.
Przede wszystkim statystyczny bezrobotny z urzędu pracy rzadko kiedy odpowiada profilowi pracownika, którego pilnie poszukuje nowoczesne przedsiębiorstwo. Dane pokazują, że duża część osób pozostających bez pracy to bezrobotni długotrwale. Według raportów Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości niemal 37 proc. zarejestrowanych widnieje w rejestrach dłużej niż rok, a co piąta osoba nie ma etatu od ponad dwóch lat. Czas robi tu swoje. Długie przebywanie poza rynkiem pracy oznacza stopniową dezaktualizację umiejętności, utratę codziennych nawyków zawodowych, a czasem również spadek motywacji. Pracodawca, który potrzebuje operatora nowoczesnej linii produkcyjnej albo specjalisty z konkretnymi uprawnieniami, często nie może pozwolić sobie na wielomiesięczne wdrażanie kogoś od absolutnego zera.
Kolejnym potężnym wyzwaniem jest tak zwane niedopasowanie regionalne. Praca rzadko znajduje się tam, gdzie mieszkają bezrobotni. Lokalne rynki pracy w Polsce przypominają archipelag naczyń, które nie chcą się ze sobą połączyć. Najwięcej ofert wciąż generują silne ośrodki gospodarcze oraz województwa takie jak mazowieckie, śląskie czy dolnośląskie. Z kolei powiaty o wysokiej stopie bezrobocia często cierpią na deficyt dużych inwestycji prywatnych. Przeniesienie się do innego miasta wiąże się z dramatycznymi kosztami – przede wszystkim zaporowymi cenami najmu mieszkań i trudnościami komunikacyjnymi. Jeśli człowiek zarabiający minimalną krajową miałby utrzymać się w dużym mieście, kalkulacja ekonomiczna przestaje się spinać. Dla wielu osób praca za rogiem za nieco mniejsze pieniądze bywa jedynym racjonalnym wyborem, nawet jeśli oficjalne statystyki kwalifikują ich jako biernych lub bezrobotnych.
Nie można też udawać, że kwestie finansowe nie grają roli. W debacie publicznej często ścierają się dwie skrajne narracje: pracodawcy narzekają na wygórowane oczekiwania płacowe kandydatów, a kandydaci wytykają firmom próby zatrudniania za stawki, które ledwo starczają na opłacenie bieżących rachunków. Koszty życia w ostatnich latach wzrosły skokowo, przez co tradycyjne oferty oparte na minimalnym wynagrodzeniu przestały przyciągać ludzi. Firmy, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, zmagają się z rosnącymi obciążeniami, cenami energii i składkami, przez co często nie mają przestrzeni na gwałtowne podnoszenie pensji. W efekcie powstaje bolesny klincz: biznes tnie koszty lub stoi w miejscu, a kandydaci wolą szukać alternatywnych źródeł utrzymania, dorabiać w szarej strefie albo wyjeżdżać za granicę.
Warto też spojrzeć na samą strukturę gospodarki. Nowoczesny rynek pracy coraz mocniej premiuje specjalizację. Badania koniunktury i indeksy biznesowe regularnie wskazują, że kilkadziesiąt procent firm ma problem ze znalezieniem rąk do pracy, ale dotyczy to konkretnych fachowców: inżynierów, doświadczonych logistyków, wykwalifikowanych rzemieślników czy osób sprawnie poruszających się w nowych technologiach. System edukacji od lat produkuje absolwentów kierunków humanistycznych czy ogólnych, podczas gdy gospodarka pilnie potrzebuje ludzi z tak zwanym fochem w ręku. Przekwalifikowanie dorosłych kuleje, bo brakuje elastycznych, dobrze dofinansowanych programów szkoleniowych, które pozwalałyby na bezbolesną zmianę profesji w trakcie kariery.
Firmy narzekają na brak pracowników, ponieważ tradycyjne wskaźniki bezrobocia przestały być uniwersalnym miernikiem zdrowia rynku pracy. Mamy do czynienia z głębokim rozwarstwieniem: statystyczny bezrobotny rzadko posiada kompetencje, których akurat szuka korporacja czy zakład produkcyjny, a wolne etaty i chętni do pracy mijają się geograficznie i finansowo. Zamiast szukać winnych w postaci leniwego społeczeństwa czy chciwych przedsiębiorców, warto zauważyć, że polski rynek pracy potrzebuje dziś mądrzejszej polityki edukacyjnej, inwestycji w transport publiczny, ułatwiających mobilność, oraz realistycznego spojrzenia na zmieniające się koszty życia.

